Archiwum październik 2003


Day by day
28 października 2003, 17:33

to uczucie...nagle uswiadomic sobie ze jest sie niczym...kiedy nie chodzi juz o to, ze sie cos nie udalo, ze zawiodlam sama siebie...kiedy to przychodzi nagle i z ogromna sila zwala z nog...kiedy wszystko traci sens, nawet marzenia, nawet nadzieja...kiedy to wszystko w co tak mocno wierzylam rozmywa sie przed oczami...i staram sie ludzic, ze to uczucie przeminie tak szybko jak sie pojawilo...
...a tymczasem brne coraz glebiej w to bagno...zalewana falami obojetnosci poddaje sie jej a ona niszczy zamki z piasku, ktore z takim zapalem i starannoscia budowalam, ktore byly moja radoscia i duma...zanurzona w jej wodach czekam konca...
...a zamiast niego nadchodzi odplyw i zal, ze nie walczylam, ze tak latwo sie poddalam, i bezsilnosc wraz z rozpacza, kiedy rozgladajac sie dookola stwierdzam, ze nie jestem w stanie zaczac od nowa, ze zbyt wiele stracilam... rozpaczliwymi ruchami zgarniam piasek, zeby zrobic cokolwiek, zeby wyrwac sie z odretwienia...
...i w takim stanie odnajduje mnie kolejny przyplyw...
...z dnia na dzien coraz mniej we mnie sil, zmeczenie sprawia, ze podniesione w gescie protestu rece opadaja...krew juz sie nie burzy...stopy moje coraz glebiej w mul sie zapadaja...

My dreams
24 października 2003, 15:00

Gdy wracam do siebie w samotnosci lzy wyplywaja spod usmiechnietej maski i skrapiaja kolejne dni w kalendarzu... A oni, gdy sa w domu, potrafia mnie dodatkowo zranic kazdym, nawet najmniejszym slowem... i dziwi mnie dlaczego moje lzy nie nabraly jeszcze barwy czerwieni, sa nadal takie przezroczyste, zwyczajne, takie same jak gdy przyczyna placzu jest szczescie... A wogole po co ta maska? bo tak jest latwiej i czasem sama zapominam ze to tylko chwilowa zaslona...
Kiedys sadzilam, ze zycie jest gra... teraz jest dla mnie koszmarem, czasem budze sie na jakis czas, widze slonce, niebo, droge przed soba, a wszystko tylko po to, by koszmar wyciagnal z powrotem swoje ochydne lapska i wciagnal mnie w siebie ze zdwojona sila... i wcale nie marze o niekonczacym sie dniu... marze o spokojnym snie...
  

?
20 października 2003, 10:30

bleh...znow nie wiem co pisac...na razie jest dobrze :) ...tylko nie wiem jeszcze co z tym konem... q nie chce z domu uciekac, a na kon jechac musze!!! moge miec tylko nadzieje ze jakos sie uda starych przekonac... no i wogole dziwna jakas jestem, bo pan optymizm puka do drzwi akurat wtedy kiedy nie ma powodow do radosci (no, prawie nie ma ;>) a na dodatek przychodzi z jakas podejrzana pewnoscia siebie, ktorej pojawienia sie tez nie jestem w stanie uzasadnic. czyli mowiac krotko: ostatnimi czasy jestem wesolym leniem, ktory nawet do ksiazek nie zajrzy mimo ze srednia ocen spadla o ok.2 :)))

A little bit of happiness
11 października 2003, 13:44

Znow sinusoida mojego zycia zaczyna powoli wspinac sie w gore, znow na galazce codziennosci pojawil sie maly zalazek radosci ktory moze rozkwitnac i stac sie pieknym kwiatem szczescia lub ... zostac zniszczony, czy to przez mroz, czy przez ludzi, czy tez przez wlasna slabosc...

Worthless
07 października 2003, 14:35

z dnia na dzien coraz wyrazniej widze bezsens swojego istnienia, widze jak mala jestem wobec ogromu swiata, jak malo znacze...
coraz bardziej goraczkowo probuje zatrzymywac chwile, ktore z czystej zlosliwosci przemijaja jeszcze szybciej... w myslach blakam sie po polach, wspinam na urwiste wzgorza z dzika jakas radoscia, pre sie przez bezdroza lesne, torujac nowe sciezki, przelaze przez ploty, drace mi ubranie, przeciskam przez ciernie, kaleczace mi cialo, i wowczas doznaje ulgi*... ech, gdybym tylko mogla siasc pod drzewem, na wzgorzu, nigdzie sie nie spieszyc, niczego sie nie obawiac, nie czuc nic oprocz powiewu wiatru, nie slyszec nic procz szelstu lisci i krakamia wron... zamknelabym oczy i siedziala tak dzien i noc...do konca...
       *J.W.Goethe